Metro 2033 - Dmitry Glukhovsky

Była kiedyś Żelazna Kurtyna. Była Zimna Wojna i wyścig zbrojeń nuklearnych pomiędzy światowymi mocarstwami. Na fali tych zjawisk i propagandy zagrożenia powstał postapokaliptyczny nurt fantastyki. Była tam atomowa zagłada, ludzie żyjący pod ziemią, mutanty i atomowa zima. Nurt ten umarł sobie spokojnie przerobiwszy wszelkie możliwe warianty atomowego końca świata. I nagle wyskakuje Metro 2033 ze swoimi "nowościami". To już było, to się już przeżyło. W Metrze nie ma za grosz oryginalności, tylko jakiś zlepek sztampowych pomysłów. Pomysł Państw-Stacji jest marny, nieracjonalny i nielogiczny. Brak klimatu maskowany "szpanerskimi" nazwami. Język nie prosty, a prostacki i męczący. Kalki pomysłów i terminów (np. stalkerzy - no litości...). Sama książka wydaje się produkcją związaną ściśle z grą i w założeniu jedno miało napędzać sprzedaż drugiego, ale o ile w grze, w której biegając po mrocznych korytarzach tępi się hordy mutantów jest akcja i dynamika surviwal horroru, o tyle w książce to nie wystarcza. Prawie 600 stron o niczym, 600 stron grafomańskiej próby stworzenia fabuły, 600 stron męki czytelniczej... Ta książka może spodobać się młodemu i niewyrobionemu czytelnikowi, który nigdy nie spotkał się z podobną tematyką i dla którego będą to nowe "oryginalne" pomysły, ale będzie to wrażenie nieprawdziwe, podobne do zachwytu nad nieudanym coverem świetnej piosenki. Odradzam szczerze. Szkoda czasu.