Mechanizm Serca - Mathias Malzieu, Magdalena Krzyżosiak

Jest to baśniowo-alegoryczna historia miłosna dla dorosłych (w każdym razie nie dla dzieci) i mimo, że baśniowość, alegoryczność i erotyczność są terminami niosącymi w sobie atrakcyjność to książka jest niestety słaba. Powiedziałbym nawet że jest to pseudopoetycki, powierzchowny gniot (i tak bym ją określił jeśli przerwałbym czytanie w połowie), ale jako że przeczytałem ją do końca i koniec był niezgorszy, to podciągam ocenę do dwóch gwiazdek.
Motyw zegarowego serca jest ciekawy i wiele w nim poezji, a sama alegoria zegara niesie również wiele ciekawych treści jednak autor traktuje to bardzo powierzchownie. Nadmienić należy, że autor jest liderem kapeli i to widać w sposobie operowania słowem i w podobieństwie do tekstów piosenek - ekspresyjnych obrazków, na granicy poezji, ale w gruncie rzeczy nie niosących żadnych głębszych myśli, a tylko drażniących nietypowymi zestawieniami słów. Bohater książki jest nijaki. Na początku jest to dziecko, lecz jego sposób myślenia jest zbyt dorosły, później kiedy dorasta jego myślenie jest zbyt infantylne. Autor nie potrafi wykreować przemiany bohatera i pokazać zmiany jego sposobu myślenia, mimo że stara się nas o tym usilnie przekonać pisząc o tym jak to "bohater się zmienia". No, nie zmienia się panie autorze! ...poza końcówką książki gdzie przemiana jest faktyczna - najlepszy (właściwie jedyny wart przeczytania i przeżywania) kilkunastostronicowy fragment tego tomiku...
Bohaterowie książki są dziwaczni i przerysowani (chłopiec z zegarem w sercu, miniaturowa andaluzyjska tancerka, magiczna akuszerka, niebotycznie wysoki Joe i gromadka prostytutek i cyrkowych dziwadeł, a nawet w pewnym momencie ... Kuba Rozpruwacz:), ale to tylko forma, która nie została wypełniona treścią, a każdym razie wypełniona w niewielkiej części. Tak, jak w pozornie szokujących, ale faktycznie słabych piosenkach, epatujących formą słów i tylko formą. Porównanie do tandetnego tekściarstwa spotykanego w piosenkach nasunęło mi się zanim przeczytałem "bio" autora, więc sądzę, że coś w tym jest.
W książce drażnią anachronizmy. Klimat książki jest wręcz wiktoriański, jednak w narracji głównego bohatera ciągle natykamy się na odniesienia do współczesności XXI wieku. Coś mu tam świeci jak halogen, coś przeleciało jak samolot... Litości... I nikt nie przekona mnie, że to licencia poetica czy podobny literacki wynalazek.
Jak już nadmieniłem najlepszą częścią książki jest kilkanaście końcowych stron - ostatni rozdział oraz epilog. Nagle z niewiele mówiącej i niedojrzałej (grafomańskiej?) pisaniny wyłania się kilka głębszych myśli. To miła niespodzianka na koniec, ale czy warto dla niej czytać tę książkę. Ja nie poleciłbym jej jako coś wartościowego, ale z drugiej strony objętość niewielka, a język prosty - łatwo się czyta i mamy na końcu wisienkę, z tym, że nie na torcie, a na zakalcu....

PS: Może jeszcze na koniec coś pozytywnego: okładka jest śliczna :)

PPS: I jeszcze prawdziwy hit tej książeczki: chomik Cunnilingus :)