Namalowane okno - José Carlos Somoza
Somoza po mistrzowsku operuje słowem. To jego tworzywo, a talent jest jego narzędziem. Tym razem na swój warsztat wziął kino i potraktował je jako żywioł magiczny. Pewne idee podobne są wg mnie tym, zawartym w Zygzaku, gdzie również obraz jest czymś więcej niż kopią rzeczywistości - stwarza własną rzeczywistość. Trudno mi orzec czym właściwie jest ta książka, ale najbardziej skłaniam się ku studium rozpaczy i traumy człowieka tracącego to, co w jego życiu było najważniejsze: ukochaną kobietę coraz bardziej się od niego oddalającą i umierające dziecko. Dodatkowy zabieg marginalizujący osobistą tragedię bohatera i gloryfikujący jego fascynację kinem pogłębia tylko znaczenie jego cierpienia. I tak pogrążamy się poprzez kolejne rozdziały książki coraz bardziej w osobistym, intymnym bólu, jednocześnie zgłębiając kolejne pokłady szaleństwa kinomaniaka szukającego swojego okna, za którym mógłby istnieć w równoległym świecie filmu-życia-nieżycia. I tak docieramy do końca tej drogi... "Kto by się spodziewał takiego końca! Myśleli państwo, że będzie tragiczny? Nie! Wprost przeciwnie, szczęśliwy!" Wspaniały warsztat autora, świetne operowanie nastrojem, budowanie zagrożenia, lecz ... nie podobała mi się ta książka. Przeczytałem ją do końca ze względu na warsztat, kunszt opisów, ale nie ze względu na treść, która męczyła jak bolący ząb. Może i o to chodziło (raz jeszcze chylę czoła przed talentem Somozy), ale nie takich przeżyć szukam w literaturze, a bólu zębów nie znoszę.