Wiedźmikołaj - Terry Pratchett
Inny Mikołaj. Ta książka to „stary dobry Pratchett”: humor, ironiczne i przenikliwe spojrzenie na rzeczywistość, galeria niezwykłych i barwnych postaci. TO lubimy! Pratchett podejmuje w książce temat świąt Bożego Narodzenia. Choinka, Mikołaj, prezenty, dzieci, które wierzą-nie wierzą w Mikołaja (tj. w Wiedźmikołaja oczywiście). Strzeżeniowiedźmowe sprawy są bardzo udatną parodią spraw bożonarodzeniowych. Dostrzeżemy tu wszystkie nasze świąteczne przywary, świąteczną obłudę, świąteczne humory i wapory. Ten świąteczny sztafaż to jednak tylko tło książki, bo prawdziwy temat jest głębszy i osnuty wokół przygód znanej nam skądinąd wnuczki samej Śmierci, czyli Susan Sto Helit. Tematem tym jest wiara i to co ją tworzy, a także to co tworzy same przedmioty wiary, czyli bogów. Bogowie istnieją tylko jeśli w nich wierzymy. Jeśli pojawi się wiara w dowolnie idiotycznego boga (np. boga kaca występującego w książce), to taki bóg zaistnieje. Z kart książki wyziera ateizm Terry’ego Pratchetta. Co krok natykamy się na uwagi o idiotycznych wierzeniach i bzdurach czynionych w imię wiary. Taki to „urok” autora, który przekazuje nam oprócz skrzącej się humorem opowieści również swoje przekonania. Nic w tym zresztą dziwnego, że Pratchett głosi swoje poglądy. Warto jednak zastanowić się nad przemyśleniami, które przemyca w tym jakże zabawnym sztafażu nieporadnych magów i równie nieporadnych bóstw plączących się im pod nogami (w przerwach na posiłki:) Mnie osobiście taki przekaz nieco irytuje, aczkolwiek nie zmienia to faktu, że książka jest naprawdę zabawna. O fakcie, że jest to dla odbiorcy jedna z „przyjaźniejszych” opowieści ze Świata Dysku, niech świadczy fakt, że została ona zekranizowana (Hogfather, reż. Jean Vadim, 2006 ), a fryzura Susan Sto Helit (wraz z nią samą) trafiła do arsenału helloweenowych kostiumów.